„Nie trać nadziei, kiedy tak łatwo jest zwątpić”. Rozmowa z Wojciechem Marcem o przekładzie Labiryntu świata i raju serca

wywiad z Wojciechem Marcem
wywiad z Wojciechem Marcem
Czy XVII-wieczne dzieło może przemawiać do współczesnego czytelnika? W rozmowie z Wojciechem Marcem, tłumaczem pierwszego kompletnego polskiego wydania Labiryntu świata i raju serca Jana Amosa Komeńskiego, rozmawiamy o kulisach pracy nad przekładem, ponadczasowym przesłaniu jednego z najważniejszych utworów dawnej literatury europejskiej oraz o tym, dlaczego warto sięgnąć po tę niezwykłą książkę. 

Labirynt świata i raj serca to najważniejsze dzieło dawnej literatury czeskiej, niosące uniwersalne przesłanie o poszukiwaniu sensu życia. Autor – Jan Amos Komeński (1592–1670), ostatni biskup Jednoty Braci Czeskich i wybitny pedagog – był związany z Lesznem, gdzie mieszkał w latach 1628–1656. Pierwsze wydanie książki z 1631 roku najprawdopodobniej ukazało się właśnie w tym mieście.

Nowa publikacja jest pierwszym kompletnym polskim wydaniem dzieła. Z Wojciechem Marcem, tłumaczem książki, rozmawia Jakub Piwoński.


Jakub Piwoński:
Jak zaczęła się Pana przygoda z Labiryntem świata i rajem serca i co sprawiło, że zdecydował Pan podjąć się jego przekładu? Jakie wrażenie zrobił na Panu ten tekst przy pierwszej lekturze?

Wojciech Marzec:
Sprawa jest dosyć banalna. Istotną częścią studiów bohemistycznych jest kurs historii literatury. Jeśli chodzi o tzw. „literaturę staroczeską”, tj. od czasów, powiedzmy, świętych Konstantyna-Cyryla i Metodego aż po wiek XVIII, swego rodzaju centralnym tekstem jest właśnie Labirynt Komeńskiego jako jedno z nielicznych dzieł pisanych po czesku starszych niż sto lat, które weszły do szerokiego kanonu kultury europejskiej. Nie wiem, czy potrafię natomiast jednoznacznie określić, dlaczego zabrałem się do przekładania. Na studiach czyta się ten tekst na pierwszym roku, zatem siłą rzeczy po polsku (w przekładzie Jana Pindóra, w wydaniu z roku 1914). Dopiero później, będąc na stypendium w Pradze, miałem okazję zapoznać się z nowym wówczas, świetnie opracowanym wydaniem czeskich traktatów duchowych Komeńskiego. Wtedy zorientowałem się, jak okrojona jest polska wersja. Nie wchodząc w szczegóły – brak tam około dwunastu rozdziałów.  Pełniejszy jest tekst znacznie starszego przekładu (z roku 1695), ale i tak nie jest to tekst odpowiadający „wydaniu ostatniej ręki” Komeńskiego. Na decyzję wpłynęło więc chyba to poczucie braku, niezadowolenie z faktu, że polski czytelnik (a nawet student pierwszego roku filologii czeskiej, który musi przeczytać Labirynt do egzaminu) nie ma dostępu do całego tekstu, nie mówiąc już o wydaniu krytycznym. A wrażenia z pierwszej lektury? Na pewno mi się podobało, lekkość, humor, karnawałowość – zaznaczę w tym miejscu, że najmocniej obcięta jest w przekładzie z początku XX wieku część mistyczno-duchowa, więc bardziej niż w pełnym brzmieniu tekstu wychodzi na pierwszy plan ten groteskowy obraz świata-labiryntu.

JP:
Czym właściwie jest Labirynt świata i raj serca? Jak opisałby Pan tę książkę komuś, kto nigdy wcześniej o niej nie słyszał?

WM:
Na to pytanie można odpowiedzieć na kilku płaszczyznach. Najpierw, pozornie prosta, kwestia genologiczna – można powiedzieć, że Labirynt jest proto-powieścią, może nawet przynależącą do fantastyki, z drugiej strony można go traktować jako alegorię, przypowieść o świecie, jeszcze inna perspektywa ukazuje ten tekst jako traktat religijny, będący swego rodzaju podsumowaniem myślenia Komeńskiego jako istotnej postaci reformacji, biskupa Jednoty Braci Czeskich. Można do tego dołożyć jeszcze pojawiające się w nowszych badaniach historycznoliterackich określenia mniej intuicyjne, opisujące zwykle kilka czy kilkadziesiąt wyraźnych tekstów literatury starszej, jak na przykład „wędrówka duchowa”, „teatr świata”, „negatywna encyklopedia” i tym podobne. Z pewnością jest to tekst silniej zbeletryzowany niż te łacińskie dzieła Komeńskiego, które ukazały się dotychczas po polsku. Tyle w kwestii „czym” jest Labirynt, pozostaje drugie: „o czym” jest. Skracając, upraszczając i, rzecz jasna, spłaszczając, jest to opowieść o młodym człowieku, poszukującym swojego miejsca w świecie, na którym się znalazł. Prowadzony przez zdradliwych przewodników poznaje świat w poszczególnych jego przejawach. Zauważa przy tym, jak nędzna jest kondycja przedmiotu jego poznania. Popada w głęboką rozpacz, ale znajduje dość szybko ukojenie. Na ratunek przychodzi mu Chrystus, odwiedzający Pielgrzyma (jak nazywa swojego głównego bohatera i narratora Komeński) w jego sercu. Warto może też gdzieś na marginesie osadzić to dzieło w kontekście biograficznym, historycznym i geograficznym. Pierwsza wersja powstała na wciąż jeszcze wczesnym etapie wojny trzydziestoletniej (w roku 1623), pierwsze wydanie, prawdopodobnie wydrukowane w Lesznie, w jej połowie (1631), ostatnie natomiast już wiele lat po jej zakończeniu w Amsterdamie (1663), atmosfera niepokoju i wojny jest w tekście wyraźnie obecna. Podobnie osobisty dramat autora – nie tylko, w związku ze stłumieniem przez katolickie wojska Habsburgów powstania stanowego, musiał uciekać, a ostatecznie emigrować, ale też w czasie epidemii stracił żonę i dwójkę dzieci. Nie bez powodu zalicza się Labirynt do „tekstów pocieszeniowych”, można powiedzieć, że była to forma autoterapii, co odbija się też w tekście.

JP:
Komeński prowadzi swojego bohatera przez świat w poszukiwaniu sensu i ładu. Co z tej drogi – Pana zdaniem – wybrzmiewa dziś najmocniej i pozostaje aktualne?

WM:
Cóż, tekst Komeńskiego to rodzaj mozaiki, czy może raczej mansjonowego teatru, gdzie czytelnik wędruje z Pielgrzymem od obrazu do obrazu. I choć niektóre poglądy zostały przez historię sfalsyfikowane (jak sprzeciw wobec kopernikańskiej teorii heliocentrycznej), a inne problemy przestały być palące i relewantne dla naszych czasów (jak poszukiwania alchemiczne czy bractwo Różokrzyża), to dezaktualizacja części elementów nie przyczyniła się wcale do straty na wartości całej układanki. Wciąż spotkać możemy w świecie wielu ludzi, którzy postępują źle, interesownie, wiedzeni są chciwością, nienawiścią, żądzą zemsty czy po prostu bezmyślnością. Wciąż możemy roześmiać się zamierającym na wargach śmiechem, czytając pasaże o przyjmowaniu masek w towarzystwie innych czy smutno pokiwać głową, kiedy trafimy na rozdział o bezsensie wojen. To dotyczy jednak przede wszystkim pierwszej części tekstu – tj. opisu „labiryntu świata”. Bardziej religijnie naznaczony „raj serca” wydaje mi się aktualny jeszcze mocniej. Komeńskiego poszukiwanie „prawdziwej” religii, która stanowi pozostający pod silnym wpływem mistycyzmu system moralny, swego rodzaju instrukcję dobrego życia, zdaje się w czasie marnym (tj. jak w wieku XVII, tak i dziś) bardzo potrzebne. Jest to z jednej strony droga ku Prawdzie i pewności rzeczy zasadniczych, z drugiej ścieżka wiodąca ku nadziei, której wszyscy przecież potrzebujemy.

JP:
Jak wyglądała Pana codzienna praca nad przekładem? Czy to był proces bardziej systematyczny, czy raczej wymagający powrotów i poprawek?

WM:
Różnie to bywało! Na początku, nie mając jeszcze przed oczami perspektywy wydania, pracowałem bardzo nieregularnie, traktowałem to swoje „skrobanie” w tekście bardziej jako wprawki. Nie chcę tym dewaluować tego okresu, to wtedy zapadły niektóre istotne decyzje, przede wszystkim ta, że tekst po przekładzie ma być czytelny. Zupełnie pierwsza wersja była miejscami aż niewolniczo wierna syntaktycznie oryginałowi, zachowywałem w niej składnię barokową silnie zlatynizowaną, co skutkowało nierzadko tym, że na końcu zdania gromadziły się niemal wszystkie orzeczenia zdań składowych. Budowało to na swój sposób „monumentalność” tekstu, ale z drugiej strony, kiedy wróciłem do tego po około miesiącu, musiałem sam składać poszczególne związki składniowe z ołówkiem w dłoni. Wtedy zdecydowałem się uprościć tekst, choć jedynie do takiego stopnia, by nie zatracił on zupełnie tej odczuwalnej „patyny” starości. Potem, kiedy byłem już po pierwszych rozmowach z panią dyrektor Kamilą Szymańską, proces ten był odrobinę bardziej zdyscyplinowany, choć na żadnym etapie nie wyglądało to tak, że w określonych godzinach siadałem przed laptopem i tłumaczyłem. Była to raczej praca z doskoku. Bywały dni, kiedy przekładałem z niedużymi przerwami, dwanaście godzin, ale bywały i tygodnie, kiedy tekstu nie dotykałem. Potem, kiedy udało mi się dobrnąć do końca, odłożyłem tekst na kilka tygodni, żeby móc spojrzeć na niego świeżym okiem, a zaraz po tym przyszedł okres poprawek. Najlepiej poprawia mi się na papierze, więc wydrukowałem sobie całość i wraz z długopisem nosiłem ze sobą niemal wszędzie, po kawiarniach, pociągach, często też pracowałem w domu. Następna faza to było znów „świeże oko”, tym razem nie moje. Cały tekst przeczytała i skontrolowała moja mama, która jest polonistką, w kilku miejscach postawiła pytanie, co dokładnie mam na myśli i to był znak, że coś jest niejasne. Zatem kolejne poprawki, potem jeszcze raz itd.

JP:
Co było najtrudniejsze w tłumaczeniu tego tekstu? Czy bardziej język dawnej epoki, czy raczej oddanie jego znaczeń i obrazów?

WM:
Trudno mówić o jednym bez drugiego. Tekst jest, rzecz jasna, dość archaiczny, choć lekturę utrudnia chyba bardziej niż strona leksykalna jego złożoność składniowa (o czym już mówiłem). Wydanie, z którego korzystałem, stara się przy pomocy objaśnień uprzystępnić te najbardziej niezrozumiałe słowa dzisiejszemu czeskiemu czytelnikowi, a zatem i dla mnie było w tym względzie użyteczne. Chyba najtrudniej było, nie gubiąc powagi tekstu, nie stracić zarazem jego lekkości – mam nadzieję, że mi się to powiodło. Komeński jest bowiem bardzo dowcipny i nie unika gier i żartów językowych, przy tym jednak jego Labirynt jest w ostatecznym rozrachunku tekstem zupełnie serio, dotykającym najgłębszych zakamarków i najczulszych strun serca oraz duszy.

JP:
Czym wyróżnia się to nowe wydanie? Na co warto zwrócić uwagę sięgając po tę książkę?

WM:
Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to wydanie „monumentalne” – wyróżniające się dużym formatem, kredowym papierem oraz bardzo widowiskowym opracowaniem wizualnym, za które odpowiedzialnym był Miroslav Huptych. Jego kolaże same w sobie mogą być asumptem do spędzenia nad książką długich godzin, warto przyglądać im się i analizować na zasadzie hermeneutycznego koła relację poszczególnych elemencików i całości obrazu, a może nawet kompletu ilustracji, ich stosunek do tekstu itp. Jeśli chodzi o tekst zasadniczy – ma on w tym wydaniu kilka cech szczególnych, które wydają mi się warte wzmianki. Przede wszystkim przekład opracowany jest według najpełniejszego wydania z Amsterdamu z 1663 roku, ale dzięki wyróżnieniom kolorystycznym czytelnik może śledzić ewolucję tekstu na trzech etapach – od rękopisu, poprzez wydanie z roku 1631, prawdopodobnie leszczyńskie, aż do wspomnianego wydania amsterdamskiego na siedem lat przed śmiercią autora. Towarzyszą tekstowi także odautorskie marginalia, które pozwalają spojrzeć na wydarzenia z trochę innej perspektywy. Ciekawostką jest też tłumaczenie bodaj pierwszej artystycznej refleksji traktatu Komeńskiego, czyli piosnki Jana Cassiusa. Dodatkami, na które, mam nadzieję, warto także zwrócić uwagę są wstęp oraz komentarze, które mogą pozwolić lepiej zrozumieć okoliczności powstania, niektóre aspekty dzieła, a przede wszystkim zarysować horyzont intelektualny epoki.

JP:
Czy praca nad Labiryntem w jakiś sposób wpłynęła na Pana sposób patrzenia na świat?

WM:
Z pewnością, choć to nie tak łatwe do zdiagnozowania. Z jednej strony chyba nie da się, spędzając w dialogu z kimś lub czymś (a czytanie jest przecież formą komunikacji) tyle czasu, uniknąć tego wpływu, szczególnie w relacji tak szczególnej, kiedy rzeczy raz wyrażonej w jednym języku trzeba „odpowiednie dać słowo” w innym. Taka rzecz musi zostać kilkakroć przemyślana, odczuta, a więc musi z człowiekiem jakoś pozostawać. Myślę, że z Labiryntu wynoszę przede wszystkim wielkie wezwanie: nie trać nadziei, kiedy tak łatwo jest zwątpić. Komeński posiada naprawdę niemałą siłę przekonywania, że właśnie tak źle jak na świecie jest, jest dobrze. Nie można jednak zapominać o wielkim zastrzeżeniu – to, że świat działa jak działa, że jego biegiem zarządza Boska wola, nie zwalnia w żaden sposób człowieka z wielkiej odpowiedzialności przede wszystkim za siebie. Człowiek powołany jest do dobra i mądrości, ale musi się wiele nastarać, żeby się do nich zbliżać i jest to jedno wielkim zadaniem.

Książkę można kupić TUTAJ.
Ustawienia prywatności
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.
Polityka prywatności